Return to site

"Nie bądź turystą, bądź podróżnikiem"

Birma 2009 - CZĘŚĆ I

Poniższy tekst to fragmenty napisanego w roku 2009 dla National Geographic pamiętnika z wielkiej podróży po Birmie. Po 11 latach zdezaktualizowało się chyba wszystko, jednak oprócz emocji i fotografii. W chwili, kiedy świat się zatrzymał, kiedy nie wiadomo kiedy znowu będzie można pojechać bezpiecznie w daleką podróż, a nawet kiedy będzie można bezpiecznie wyjść z domu, te podróżnicze emocje mają dla mnie wyjątkowo intensywny smak, którym chcę się z Wami podzielić.

Dziękuję Joli Księżniak za bycie najlepszą towarzyszką podróżniczych doli i niedoli oraz Kasi Biegańskiej za inspirację do tej i innych podróży.

ZE WSTĘPU, czyli jechać póki czas

Kiedy to piszę (wiosna 2009) Birma nie jest najlepszym krajem na zwykle wakacje. Ogólna bieda i słaba infrastruktura odstraszają typowych turystów, zainteresowanych leżeniem pod palmą. Cale szczęście, bo dzięki temu to ciekawy kraj dla tych, którym leżenie plackiem nie wystarcza. Na wyciągniecie ręki są tu tysiącletnie zabytki. Nad Zatoką Bengalską są cudowne i puste plaże nad czystym morzem. Są piękne i dzikie góry, idealne na trekkingowe wycieczki. Jest niezwykłe jezioro Inle pośród gór. Są zachwycające miasta, nieodkryte świątynie. Mieszkają tam życzliwi ludzie, a każdy z nich ma swoja niezwykłą historię do opowiedzenia. I są tam przepiękne wschody słońca, z których każdy przynosi nowa przygodę.

To co najlepsze w Birmie to jej dzikość. Bo nie jest jeszcze zadeptana przez hordy turystów. Dlatego Birma to miejsce dla ludzi ciekawych świata. Dla tych, którzy lubią odkrywać, poznawać i nieustannie się dziwić. Niestety, prędzej czy później to się zmieni. Na plażach staną 20-piętrowe hotele, w świątyniach pojawia się kraty, na jeziorze Inle będzie pływający McDonald, wszędzie będzie czysto i porządnie, a ceny pójdą trzykrotnie w górę. Bo prędzej czy później Birma otworzy się na świat i nikt tego nie powstrzyma. Dlatego jedźcie tam póki czas.

Tę birmańska dzikość można oglądać na dwa sposoby. Można kupić wycieczkę w biurze podroży, które wszystko zaplanuje i może nawet zapewnić miejscowych przewodników. Można też nieco zaryzykować i zaplanować wszystko samemu. W tym pierwszym przypadku będzie wygodnie, ale dużo stracicie. Nie piszemy, ze wtedy wyjazd nie ma sensu. Ale więcej można zobaczyć i bardziej zrozumieć tylko wtedy, gdy się tam wybrać na własną rękę. Potrzeba tylko trochę odwagi. Za to zdecydowanie mniej pieniędzy.

Ta książka nie jest typowym przewodnikiem, nie odpowie na wszystkie Wasze pytania. Jest to przede wszystkim zapis naszych przygód, który z jednej strony ma Was rozbawić, z drugiej pomóc Wam się przygotować do wyjazdu. Jestem pewien, że jeśli pojedziecie, to odkryjecie ciekawsze miejsca, poznacie bardziej wzruszające ludzkie historie, bardziej się opalicie i zjecie jeszcze smaczniejsze potrawy. Bo o to właśnie w tym wszystkim chodzi: żeby mieć swoją własną podróż. Bądźcie podróżnikami!

Początek podróży,

czyli smutne miasto Rangun

JAZDA OBOWIĄZKOWA, czyli Shwedagon i nietoperze

Shwedagon to najświętsza ze świątyń w Birmie i jedna z najważniejszych buddyjskich budowli na świecie. Jest najważniejszym miejscem pielgrzymek - każdy Birmańczyk wybiera się tu choć raz w życiu. Zgodnie ze starą legendą, świątynia liczy dwa i pół tysiąca lat i z jej powstaniem wiążą się liczne cuda, uzdrowienia i dziwne zdarzenia. Archeolodzy mają na ten temat inne zdanie, ich zdaniem budowla jest znacznie młodsza. Zresztą i tak większość tego, co jest teraz Shwedagonem zostało odbudowane w XVIII stuleciu z powodu trzęsień ziemi. Shwedagon jest symbolem Rangunu, a jego złoty dzwon dumnie góruje nam miastem. Ale rozmach tej świątyni można docenić jedynie z bliska.

Większość zwiedzających wchodzi do Shwedagonu od południa, a to błąd, bo wielką atrakcją świątyni jest imponujące zachodnie wejście z pierwszymi w Birmie ruchomymi schodami. Przewodnik po świątyni sam się znalazł zanim otworzyliśmy Lonely Planet. Już przy wejściu podszedł do nas uśmiechnięty młody człowiek w longyi, czyli tradycyjnej birmańskiej „spódnicy” noszonej przez mężczyzn. To niezwykle przewiewny i prosty w użyciu zamiennik spodni, który natychmiast dla wygody kupuje wielu przybyszów.

Nasz przewodnik po Shwedagonie nazywa się Khin Mghla, ma 32 lata i jego zamiarem jest pracować w biznesie turystycznym w Londynie albo Dubaju. Na razie uczy się w szkole hotelarskiej i szlifuje angielski. O świątyni opowiada długo i ze szczegółami, widać że zna się na rzeczy. Chętnie odpowiada na pytania.

Przewodnik nie musiał nas długo przekonywać, że jego usługi za 5 dolarów to dużo lepsza opcja niż zwiedzanie z książką. Zwracajcie tylko uwagę, czy przewodnik jest zawodowcem, bo to gwarantuje, że zna języki i wie o czym mówi. Każdy dyplomowany „tour guide” ma na szyi identyfikator ze zdjęciem i angielskim tekstem. Samozwańczy przewodnik nie gwarantuje, że go zrozumiecie. Zresztą i z dyplomowanym zawsze warto chwilę porozmawiać zanim się zgodzimy, żeby go zwyczajnie wyczuć.

Za wstęp do Shwedagonu trzeba zapłacić po 5 dolarów, no i poświęcić 3 godziny na spokojny spacer dookoła świątyni, a potem jeszcze obejrzeć zachód słońca. Ale tuż po zachodzie należy szybciutko wrócić przez zachodnią bramę, bo tu czeka na nas niezwykły spektakl. Kilkanaście minut po zachodzie słońca tysiące nietoperzy opuszczają swoje mieszkania w Shwedagonie i lecą na żer. Czarna, falująca wstęga nietoperzy wygląda niesamowicie i podobno codziennie lata inną trasą. Trzeba mieć trochę szczęścia, żeby przeleciała nam nad głowami, bo można zrobić niezłe zdjęcie, choć niestety są i gówniane – za przeproszeniem - strony takiej opcji.

NAJLEPIEJ WYDANY DOLAR,czyli w kółko kolejką

Dookoła Rangunu jeździ codziennie miejska lokalna kolejka, która jest ważnym lokalnym środkiem transportu, zwłaszcza dla mieszkańców przedmieść. W ten sposób w 3 godziny można objechać miasto. Kupujemy więc wodę i kiść bananów na drogę i z mapą w rękach znajdujemy dworzec kolejowy, trochę na północ od centrum Rangunu wyznaczanego przez pagodę Sule Paya.

Dworzec kolejowy jest pełen ludzi przez całą dobę. W dzień kotłują się tam tłumy podróżnych, po zachodzie słońca bezdomne rodziny szukają tam kawałka dachu nad głową. W dużej hali dwa okienka kasowe, przy których tłoczą się ludzie. Wejścia na perony strzegą uzbrojeni policjanci. W kilku miejscach charakterystyczne dla całej Birmy „stoliki telefoniczne”. Wygląda to zawsze tak samo: jakby ktoś z pobliskiego mieszkania pociągnął kabel swojego prywatnego telefonu, postawił stolik i krzesełko i czekał na klientów. Chętnych nigdy nie brakuje. Korzystaliśmy potem wiele razy z takich stolików. Ważne, żeby przed rozmową ustalić cenę za minutę, bo lokalna rozmowa zależnie od stolika może kosztować 50 lub 200 kiatów za minutę.

W hali dworca toczy się życie. Miejscowi biegają, dzwonią, noszą pakunki, jedzą. Żadnych turystów ani innych podróżników, do czego z przyjemnością zaczynamy się przyzwyczajać. Tuż przy wejściu na perony stoi lokalna atrakcja: to piękna, bardzo stara, niemal zabytkowa amerykańska waga z wróżbami. Za 50 kyatów (ok. 5 centów) można poznać swoją wagę i przyszłość. Wygląda na to, że zarabia na niej całą birmańska rodzina. Wręczamy pieniądze siedzącej na krzesełku pani, a młody człowiek – najpewniej syn – pomaga nam uporać się z urządzeniem. Po wejściu na wagę trzeba nacisnąć przycisk ze swoim znakiem zodiaku. Ponieważ nic z mojego Strzelca nie wylatuje, pan naciska po kolei wszystkie inne znaki, aż w końcu coś wyleci. Przy pomocy kilku rozbawionych osób trochę znających angielski tłumaczymy moją wróżbę: mam uważać w podróży na oszustów i pieniądze, bo najpewniej dziś zostanę okradziony. Jednak na szczęście ani kilogramy na wadze ani wróżba nie były moje. Tego dnia pecha miał jakiś skorpion i do tego z nadwagą.

Zakup biletu nie jest prostą sprawą jeśli nie jest się Birmańczykiem. Nie możemy go tak po prostu kupić w kasie. Prowadzeni przez dzieci ciekawe obcych, po schodach i kładce nad torami przechodzimy na ostatni, siódmy peron. Tam znajdujemy budkę, w której możemy wreszcie kupić bilety. Kosztują po dolarze. Miły pan prosi nas o paszporty i pracowicie spisuje wszystkie dane. Potem już razem z kolegą przeprowadzają drobiazgowe badanie naszych dwóch banknotów dolarowych. Jeszcze nie wiemy, że taka obdukcja jest jednym z wielu zabawnych przejawów birmańskiej rzeczywistości, do których przywykniemy. Jeden z dolarów musimy im wymienić, bo ma zagniecenie w rogu. Na szczęście mamy inny, więc zaopatrzeni w bilety idziemy na pociąg.

Przy zatłoczonych peronach stoją czerwono-kremowe składy pociągów. To zwykle bardzo surowe i stare wagony z drewnianymi ławeczkami ustawionymi wzdłuż lub w poprzek. Niektóre wagony opisane po angielsku jako „upper-class” („wyższa klasa”) są wygodniejsze: mają miękkie siedzenia z zagłówkami. To pociągi dalekobieżne, jadące np. do Mandalayu (podobno ok. 14 godzin, jeśli zgodnie z rozkładem). Z takich wagonów korzystają lepiej ubrani Birmańczycy i bardzo wielu mnichów.

Niezwykłe są peronowe zwyczaje. Kiedy podjeżdża skład, wszyscy podróżni tłoczą się przy wejściach, zajmują miejsca, rozkładają pakunki. Potem w środku i na zewnątrz pojawiają się handlarze i zaczyna się rytuał kupowania zapasów na drogę. Nikt nie patrzy nerwowo na zegarek, bo też nikt nie wie dokładnie, kiedy pociąg ruszy. Kiedy psuje się lokomotywa, mężczyźni wychodzą z wagonów i dobrymi radami pomagają jak mogą grzebiącemu w kablach maszyniście.

Subtelnym sygnałem do odjazdu jest to, że pociąg powoli rusza i zatrzymuje się jeszcze kilka razy co kilka metrów. Wtedy okazuje się, że dotąd spokojnie siedzący na peronie tłum ludzi to też pasażerowie. Rzucają się do drzwi i niezwykle sprawnie upychają w wagonach. Ostatnie uściski z odprowadzającymi rodzinami, ostatnie tobołki i zakupy. Kiedy pociąg powoli rusza na dobre, ostatni pasażerowie dopadają go w biegu, zwisając ze schodków jak kiście bananów. A wyludniony peron zapełnia się w ciągu kilku minut na nowo.

Oswajamy się z miejscowymi zwyczajami, cierpliwie czekając na pociąg. A miejscowi oswajają się z nami. Gawędzimy z ludźmi mieszanką angielskiego, birmańskiego, polskiego i na migi. Ktoś jedzie do matki, ktoś inny odwozi syna do rodziny. Kilka razy zrywamy się do kolejnych pociągów, ale wszyscy znają już nasze plany i uspokajają, że to jeszcze nie ten. Kiedy wreszcie po godzinie nadjeżdża nasz, znamy już połowę ludzi na peronie.

Pociąg jest rzeczywiście bardzo zwyczajny i bardzo lokalny. Z tłumu na peronie wyławia nas konduktor, sprawdza bilety i prowadzi do jakiegoś wagonu. Tam ze zdumieniem widzimy siedzącą w kącie parę turystów koło 60-tki, podróżujących razem z birmańską przewodniczką. Od reszty wagonu są oddzieleni czerwonym sznurkiem. Chyba trochę zbyt gwałtownie jak na azjatyckie zwyczaje wyrażamy swoje niezadowolenie. Ku zdumieniu konduktora, który jedną ręką unosi sznurek, a druga drapie się po głowie, odwracamy się na pięcie i idziemy w drugi kąt wagonu, między normalnych ludzi. Po wagonie przechodzi szmer. Po chwili gawędzimy z uśmiechniętymi ludźmi, którzy opowiadają nam swoje historie, częstując nas owocami i maścią tygrysią. Przekonujemy się, że maść wtarta w skronie fantastycznie orzeźwia, a odrobina pod nosem pomaga znosić nieprzyjemne zapachy.

Pociąg jedzie powoli, ludzie wsiadają i wysiadają. Próbujemy się poradzić, gdzie wysiąść, żeby trafić w jakieś ciekawe miejsce. Pytam birmańską przewodniczkę, która opiekuje się parą turystów – jak się okazuje to dość zdegustowani podróżą Niemcy. Jest miła, ale przerażona naszym pomysłem. „It's not allowed to get off the train! You must stay inside!” - mówi („Nie wolno wysiadać z tego pociągu! Musicie zostać w środku!”). To był moment, w którym utwierdziliśmy się w swoim przekonaniu, że jeśli naprawdę chcemy dowiedzieć się czegoś o tym kraju, możemy to zrobić wyłącznie na własną rękę. Biura podróży i agencje na miejscu doradzają wszystkim przybyszom, żeby wynajmowali miejscowych przewodników. To kosztuje najwyżej 20 dolarów dziennie i oczywiście ułatwia życie, ale jednocześnie skazuje na poruszanie się utartymi ścieżkami. Przewodnik pokazuje tylko to, chce pokazać i mówi to, co chce powiedzieć. Jest w końcu tylko urzędnikiem departamentu turystyki. Żegnamy się z Birmańczykami, a potem urywamy się nie swojej przewodniczce na pierwszej lepszej stacji. A kwadrans później pijemy herbatę w czyimś domu. I o to chodzi.

STRASZNO I SMUTNO, czyli spacerem po Rangunie

Rangun robi wrażenie jakby miał się w każdej chwili rozsypać, a jego mieszkańcy jakby na to właśnie czekali. Na każdym kroku widać skutki ubiegłorocznego cyklonu. Miasto jest bardzo zniszczone, zaniedbane i brudne. Na fasadach budynków zacieki i grzyb. Ulice wyboiste i ciemne, bo cała Birma boryka się z brakiem prądu. Mimo że na tych ulicach toczy się gwarne życie, to wszystko dzieje się jakby z rozpędu, bez energii. Zupełnie inaczej niż np. w pełnym życia Mandalayu. W Rangunie jest zwyczajnie smutno.

Pierwszego wieczoru jesteśmy tym oszołomieni. Tym bardziej, że na swojej drodze spotykamy samych miejscowych. Czujemy się jakbyśmy byli z innego świata. Jeszcze nie wiemy, że przyjdzie nam się do tego przyzwyczaić, bo zejście z utartych turystycznych szlaków Birmy to właśnie oznacza.

To dobry moment, żeby napisać, że Birmańczycy szanują obcych. I normalnych turystów, których jest tu ciągle niewielu i takich dziwaków jak my. Nie spotkaliśmy się w Birmie z agresją, ani przemocą. Prawie wszędzie czuliśmy się całkowicie bezpiecznie. Prawie, bo niezbyt miłą przygodę z miasteczka Pathein opiszemy w rozdziale o kręgach piekielnych.

W chaosie uliczek Rangunu próbujemy się odnaleźć, a przede wszystkim znaleźć coś do jedzenia. Przechodzimy przez chińskie, hinduskie, arabskie ulice. Ciemne zaułki, stragany, duszno. Głód goni nas po mieście, ale nie umiemy tu jeszcze jeść na ulicy. Kontrast z bogactwem ulicznego jedzenia w Bangkoku jest ogromny. Na szczęście są stragany z owocami, zwyczajne, samoobsługowe sklepy z wodą, a nawet francuska ciastkarnia.

Próbujemy odnaleźć znaną z opowiadań i przewodnika Lonely Planet restaurację „Singapore's Kitchen”. Pytani ludzie tłumaczą, że być może podobnie jak wiele innych zmieniła adres po pamiętnym cyklonie, który spustoszył miasto w maju 2008 roku. Odnajdujemy ją w końcu daleko na północ od centrum, 100 metrów od hotelu Summit Parkview, w którym na tę noc zamieszkaliśmy.

Singapore's Kitchen wygląda jak miejsce załatwiania lokalnych biznesów. Przy stolikach zastawionych butelkami czarnego Johnie Walkera siedzą dobrze ubrani Birmańczycy. W Singapore's Kitchen zjecie bardzo dobrze, nawet jeśli jesteście wegetarianami. Polecamy zupę-krem z dyni z owocami morza, sajgonki z krewetkami w panierce z nerkowców, wegetariańskie pierożki z ciasta ryżowego. Herbata jak w wielu birmańskich knajpach za darmo. Solidny lunch lub kolacja na 2 osoby ok. 12000 kyatów (wymawia się „cziatów”), czyli jakieś 12 dolarów.

Alternatywą dla restauracji są maleńkie knajpki, zwane tu „teashopami” (czyli „sklepami z herbatą”), co jest tym zabawniejsze, ze akurat herbatę dostaje się tam zwykle za darmo. Za to do wyboru są rozmaite przekąski. Radzimy jednak, żeby z uroków teashopów korzystać dopiero po nabraniu niejakiego doświadczenia w sztuce jedzenia na ulicy.

MIKEY, czyli cyklon po raz pierwszy

Podchodzi do nas na zatłoczonej i gwarnej pod wieczór Bogyoke Aung San Road w pobliżu Hotelu Central. Nieśmiało wyciąga rękę po datek. Wygląda na 10 lat, potem okaże się że skończył 12. Ma na sobie czysty żółty t-shirt, a na buzi miejscowy makijaż – na każdym policzku równiutkie kółko z tanaki. Cofa rękę i patrzy na nas wielkimi czarnymi oczami. Ale nie ma w nich strachu ani błagania. To nie są oczy żebrzącego dziecka. W jego oczach widzimy mieszankę dumy, powagi, determinacji i siły.

Przygotowani na konwersację na migi, zadajemy jakieś proste pytanie, ale Mikey – bo tak chce mieć na imię - odpowiada zrozumiałym angielskim. Proponuje, że pokaże nam miasto. Po chwili mamy już przewodnika.

Idziemy Bogyoke Road na wschód, Mikey tłumaczy, gdzie jest Sule Paya, a gdzie dworzec kolejowy. Pokazuje nam Katedrę Świętej Marii Panny. Skręcamy w prawo w Bo Aung Kyaw Street na południe. Dochodzimy do Anawratha Road, która w tym miejscu wieczorem jest wielkim, kolorowym, rozwrzeszczanym bazarem. Skręcamy na zachód. Mijamy stragany pełne warzyw, owoców, surowych ryb, wielkich worków ryżu, butów, ciuchów i bibelotów. Przepychamy się między zapachami smażonych potraw, słodkich owoców i wiercących w nosie przypraw. A Mikey raz z przodu, a raz z tyłu pilnuje, żebyśmy się nie zgubili.

Dochodzimy z powrotem do Sule Paya. Prosimy Mikeya, żeby zaprowadził nas do miłego teashopu. Wybiera taki, w którym klienci oglądają mecz na starym telewizorze. Jak wszyscy siadamy na śmiesznych, małych krzesełkach, przy maleńkich stoliczkach. Tylko mały Mikey wygląda tu na swoim miejscu. Domyślamy się, że Mikey jest głodny, ale on popija tylko zieloną herbatę, którą tradycyjnie przywitał nas kelner. Namawiamy go, żeby zamówił coś do jedzenia. Po chwili wahania, zakłopotany Mikey zamówił bardzo popularne danie zwane mohinga: smażony ryż z warzywami przykryty omletem. Wcina z apetytem i dopiero wtedy mówi jak bardzo był głodny.

Mikey zajada, a my – z udawanym zadowoleniem popijając herbatę z mlekiem prosto z pierwszej 10-tki znienawidzonych wspomnień dzieciństwa - zamęczamy go pytaniami.

Jeszcze rok temu Mikey mieszkał z rodzicami i dwoma młodszymi braćmi w domu w pobliżu rzeki. Pamiętnej nocy 2 maja, przyszedł cyklon. Jak wielu mieszkańców miasta, zostali bez dachu nad głową. Przenieśli się na dworzec. Teraz to jest dom dla Mikeya, matki i dwóch braci. Nie rozumiemy co stało się z ojcem, być może umarł, a być może wyjechał, Mikey niechętnie o tym mówi. Opowiada, że matka pracuje, a każdy dzień jest walką o przeżycie. Że chodzi do szkoły, że chce się uczyć i w przyszłości być nauczycielem albo przewodnikiem. Że najgorsze jest to, że za dworcowy dach nad głową każdego dnia muszą płacić haracz miejscowej policji.

Nie uwierzyliśmy we wszystko od razu, choć pamiętaliśmy jak straszny był ubiegłoroczny kataklizm, który spustoszył południowo-zachodnią Birmę: deltę rzeki Irrawaddy, okolice Rangunu i Zatoki Bengalskiej. Weryfikowaliśmy później opowieść Mikeya u kilku poznanych bliżej Birmańczyków. Potwierdzali, że większość bezdomnych w Rangunie to właśnie ofiary cyklonu, który w ciągu jednej nocy zrujnował to i tak podupadłe 6-milionowe miasto. W Rangunie zginęły tysiące, może dziesiątki ludzi, nawet dziś trudno dotrzeć do wiarygodnych danych. Znajomi Birmańczycy potwierdzali też, że haracze to specjalność tutejszej policji, do której żaden miejscowy przy zdrowych zmysłach nie ma zaufania.

Mikey nie dał się namówić na deser. Z dumą przyjął zapłatę za bycie naszym przewodnikiem. Odprowadził nas do taksówki. Kiedy ruszyła pobiegł za nami, dopadł nas na światłach, żeby domknąć drzwi i powiedzieć: „Będę was tu wypatrywał każdego dnia”.

Rangun jest brzydkim miastem, nie nadaje się do spacerów. Tego wieczoru to był jedyny moment, kiedy zapomnieliśmy, że miasto jest ohydne i wygląda jakby się miało za chwilę rozsypać. Przez kilkadziesiąt minut miasto było znośne. Może nawet piękne.

Przejdźcie trasą Mikeya, może będziecie mieli szczęście go spotkać. Mikey wypatruje Was tam każdego dnia.

CDN?

(c) Rafał Olejniczak 2009/ współpraca: Jola Księżniak

All Posts
×

Almost done…

We just sent you an email. Please click the link in the email to confirm your subscription!

OKSubscriptions powered by Strikingly