Akurat w Dniu Matki zabrakło mi pamięci. Zacząłem kasować wiadomości i pocztę głosową. Jedna wiadomość ma tylko kilka sekund. Słyszę głos Mamy.

- Halo? Haaalooo? - pierwsze „halo“ niepewnie, drugie już radośnie i zaczepnie.

Dobrze że zadzwoniłaś, Mamo. Ja bym dziś nie dał rady. A chcę Ci powiedzieć dwie ważne rzeczy: po pierwsze już rozumiem ten Twój wieczny lęk, a po drugie już nie jestem na Ciebie wściekły, że zginęłaś tak głupio.

Dzień (Bez) Matki, czyli o różnicy między poddaniem a akceptacją

Śmieszność i wieczny lęk

- Wszystko u Ciebie dobrze?

- Tak, a czemu?

- Słyszałam, że rano był wypadek w metrze.

- Mamo, przecież wiesz, że ja teraz w ogóle nie jeżdżę metrem.

- Wiem, ale wolę sprawdzić.

- Mamo, ale ten ktoś spadł na tory, bo był niewidomy.

- Wiem, ale mogłeś się przecież zamyślić.

Miałaś rację, że lęk jest nieodłącznym składnikiem miłości, a im większa miłość, tym większy lęk. Wiem to teraz, kiedy ocieram dziecięce łzy po zakończonej upadkiem pogoni za gołębiem i kiedy w środku nocy dotykam ciepłego policzka Twojej wnuczki. Boję się o nią kiedy z nią jestem i kiedy mnie z nią nie ma. Tak jak Ty, zawsze mam w głowie jakiś fatalny scenariusz: ten patyk wyląduję w oku, na tym kamieniu wyląduje głowa, o ten korzeń się potknie, a na tej malinie są koronawirusy z całej Polski. Strach pomyśleć co będzie dalej z tym strachem. Z tą troską, z tą miłością, z tą nadopiekuńczością będę pewnie śmieszniejszy niż Ty. I tak samo jak Ty będę się z siebie śmiał i wstydził jednocześnie. Co mogę z tym zrobić?

Wściekłość i poczucie winy

„Jestem na Ciebie zły, że zginęłaś tak głupio“ - mówiłem. Byłem wściekły, że pokonałaś raka, a wpadłaś pod samochód w biały dzień. To Ciebie winiłem za wypadek, a nie kobietę, która kierowała autem. Jak mogłaś być tak nieostrożna? Czemu nie uważałaś, i to na kilka dni przed wyjazdem do swojej kochanej wnuczki? No jak mogłaś!

Czekałem na wyniki śledztwa, jakbym chciał potwierdzenia Twojej winy, żebym mógł się dalej na Ciebie wściekać. Tyle razy Ci mówiłem, żebyś w wieku 87 lat zaczęła nareszcie żyć jak staruszka. Żebyś przestała biegać po mieście, a zaczęła chodzić uważnie jak Twoje sąsiadki, najlepiej z laską. Żebyś nie myła okien, stojąc na konstrukcji z krzeseł, z której nawet kot Ryszard by się spierdolił. Żebyś przestała być taka uparta i samodzielna. Nie słuchałaś, nie uważałaś, masz za swoje!

I co mam myśleć teraz, kiedy jest jasne, że nie ma w tym wypadku żadnej Twojej winy? Że nawet Spiderman by tam nie uskoczył? Że każdy mógłby tam zginąć, także ja. Bo jedyną osobą odpowiedzialną za ten wypadek, jest kobieta, która wjechała na przejście dla pieszych i która zresztą nie próbuje tej odpowiedzialności unikać. Czy teraz mam zacząć winić ją, żeby odwrócić uwagę od własnego poczucia winy? Że nie zaopiekowałem się Tobą w odpowiedni sposób, że nie było mnie przy Tobie, kiedy mnie najbardziej potrzebowałaś? Czy muszę się temu poddawać i zatruwać sobie życie?

Między poddaniem a akceptacją

Obie te sytuacje to okazja na rozróżnienie między pojęciami, które bardzo często ze sobą utożsamiamy, a które są tak od siebie odległe, że stanowią nieomal swoje przeciwieństwa.

Poddanie się czemuś to kapitulacja, pogodzenie z losem. Uznanie, że nic się nie zmieni i nic się nie da zrobić. Jest jak jest, jesteśmy jacy jesteśmy. Poddanie zakłada naszą bierność i przedmiotowość, trwanie w bezruchu i patrzenie w przeszłość. Co ciekawe, takim samym poddaniem jest pozorna walka: ze sobą, z losem, z faktami. Szukanie winnych, chęć ukarania, odwetu. To też jest poddanie się.

Akceptacja to co innego. Zakłada, że godzimy się z faktami, ale dajemy sobie prawo wyboru jak je interpretować i jakie działania podjąć. Akceptacja to proces świadomy i czynny. Daje nam podmiotowość, zdolność wybaczania i otwiera na przyszłość. Jej zasadnicze znaczenie polega właśnie na możliwości wyboru, bo wybór jest w każdej sytuacji.

A więc mogę się poddać swojej nadopiekuńczości albo tracić czas na walkę z nią. W konsekwencji żyć z poczuciem wstydu, frustracji, przesady i śmieszności. Mogę się poddać swojej złości, potrzebie szukania winnych i własnemu poczuciu winy albo walczyć z własnymi emocjami. Ale mogę też przyjąć do wiadomości fakty i dokonać świadomego wyboru jak chcę z tym dalej żyć.

Zaakceptować i polubić swój lęk o dziecko, bo ma on dobre, zabawne i pożyteczne strony.

Zaakceptować, że moja Mama odeszła i że nie muszę już szukać winnych, żeby przeżyć swoją żałobę i żyć swoim życiem.

Poddanie się rodzi frustrację. Akceptacja daje spokój.

Warszawa, 26 maja 2020

All Posts
×

Almost done…

We just sent you an email. Please click the link in the email to confirm your subscription!

OKSubscriptions powered by Strikingly